Wiem, że bardzo nawalam. Ale niestety obowiązki się nawarstwiły i męcze się, dosłownie, z artykułem, który ciągle nie przypomina artykułu do publikacji. Czuję się, jakbym orała pole :) Pomysł na kolejny wpis czeka sobie uśpionyw schowku pod postacią szkicu, w którym zdania przypominaja te wypowiadane podczas imprezy po kilku głębszych :)
Zatem zamiast niedopracowanych wynurzeń anegdotka, która jakoś zapadła mi w pamięć:
Pewien mężczyzna poszedł jak co miesiąc do fryzjera. Zaczęli rozmawiać o różnych sprawach. Ni z tego ni z owego wywiązała się dyskusja o Bogu. Fryzjer powiedział: - Wie Pan, ja nie wierzę, że Bóg istnieje. - Dlaczego Pan tak uważa? - zapytał klient. - Cóż, to bardzo proste. Wystarczy tylko wyjść na ulicę, żeby się przekonać że Bóg nie istnieje. Gdyby Bóg istniał, myśli Pan, że byłoby tyle osób chorych? Istniałyby opuszczone dzieci? Gdyby istniał Bóg, nie byłoby bólu, cierpienia... Po prostu nie mogę sobie wyobrazić Boga, który na to wszystko pozwala. Klient pomyślał chwilę, chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Nie chciał wywoływać niepotrzebnej dyskusji. Gdy fryzjer skończył, klient zapłacił i wyszedł. W tym momencie zobaczył na ulicy człowieka, z długą, zaniedbaną brodą i włosami. Wyglądało na to, że już od dłuższego czasu jego włosy i broda nie widziały fryzjera. Był zaniedbany i brudny. Wtedy klient wrócił i powiedział: - Wie Pan co? Fryzjerzy nie istnieją! - Bardzo śmieszne! Jak to nie istnieją? - Zapytał fryzjer. - Ja jestem jednym z nich! - Nie! - odparł klient. - Fryzjerzy nie istnieją, bo gdyby istnieli, nie byłoby ludzi z długimi włosami i brodą jak ten na ulicy. - O! Nie! Fryzjerzy istnieją, to tylko ludzie do nas nie przychodzą z własnej woli. - No właśnie. - powiedział klient. - Dokładnie tak. Bóg istnieje, to tylko ludzie Go nie szukają i robią to z własnej woli. Dlatego jest tyle cierpienia i bólu na świecie...
Tym razem nie będzie zbędnych wynurzeń. Zamiast tego pewien filmik. Gdy go oglądałam, spłakałam się jak bóbr... Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że Bóg tak otwiera serce i wrażliwość, nie uwierzyłabym...
Styczeń. Miesiąc rozpędu i jednoczesnego wytracania wiatru, który udało mi się pod koniec roku złapać w żagle. Absurdalny czas. Jutro 34 urodziny. Od kilku lat mam wrażenie, że ciągle kończę magiczną trzydziestkę. Że w momencie urodzenia E. czas się zatrzymał. Ciekawe, czy wszyscy rodzice czują podobnie? Że dziecko właściwie przenosi nas w inny wymiar czasowy. Żyjemy czasem dziecka, a nie swiom... Jednak, aby całkiem nie zapomnieć, że jednak urodziny mam, sprawiłam sobie prezent. Kolejną Maryjkę do powiększającej się kolekcji. Stara, gipsowa figurka, jak wszystkie poprzednie, stanie na którejś półce i będzie mnie wspierać w dalszej walce :)
Zbieram je od jakiegoś czasu. Nie tylko zdobią mieszkanie, ale mam wrażenie, że wprowadzają do niego tak bardzo potrzebny spokój. Lubię na nie patrzeć...
A propos spokoju. Od czasu, gdy zaczęłam medytować odkryłam, że znacznie łatwiej zapanować mi nad złymi emocjami. Oczywiście zdarzają się wyjątki, szczególnie wtedy, gdy E. wyprowadza mnie z równowagi atakiem histerii. Wybucham wtedy jak dynamit, ale, jednocześnie, uspokajam się znacznie szybciej, niż kiedyś. I zawsze żałuję, że jednak nie dałam rady, że nie nadszedł na czas tak bardzo w danej chwili potrzebny spokój. Że nie zdołałam popatrzeć na siebie i wrzeszczącego E. z zewnątrz. Ale wiem też, że takie momenty to chwile próby. I nie zawsze muszę z nich wyjść zwycięsko. Z natury jestem bowiem nerwowa i wybuchowa. I chociaż łaska Boża działa niczym cud, są we mnie jeszcze stare nawyki, przyzwyczajenia i słabości. A może jest tak, jak pisał Merton, że "nie zmieniłam się jeszcze w głębi, a może zmieniłam się radykalnie, ale tylko w pewnych sferach, w innych natomiast zachowuję nadal stary, próżny, niestały i samolubny sposób patrzenia na świat". Pewnie tak jest...
Zniknęło natomiast, stale niegdyś obecne, napięcie pomiędzy mną, a innymi ludźmi. Napięcie, które ja odczuwałam, naturalnie, nie wiem nic bowiem o odczuciach innych. Nawet, gdy mnie irytują, gdy ich wartości sytuują sie gdzieś na przeciwległym biegunie niż moje, nie czuję już tej złości i zdenerwowania co kiedyś. Może jeszcze daleko do tego, abym kochała ich, jak siebie samą, ale przynajmniej pozbyłam się złych uczuć w stosunku do różnych osób. To, co czuję w chwili obecnej, to raczej obojętność. I żal, że jednak idą tą drogą, którą idą. Może to obiecujący początek, aby jednak kochać innych? Nawet tych, którzy na pierwszy rzut oka na to nie zasługują... Zdaję sobie sprawę, że to zwykłe truizmy, ale rzeczy najbardziej banalne są zazwyczaj najtrudniejsze... A z drugiej strony, czy rzeczywiście się czymkolwiek od nich różnię? Rację ma z pewnością Eremita, gdy pisze:
"Dziękuję Ci, o Panie, bo pozwalasz mi dotknąć moich niedostatków i w ten sposób dajesz mi odkryć mój rzeczywisty wymiar..."
Im więcej braków widzę u innych, tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele brakuje mnie samej...
Może ktoś odniósł mylne wrażenie po moim ostatnim wpisie, że jedyna modlitwa, jaką dopuszczam, to modlitwa ciszy. Nie jest to rzecz jasna prawda. Modlitwa w ciszy jest według mnie tą najbardziej pierwotną, a jednocześnie najczystszą formą dotarcia do Ducha, który mieszka w nas. Słowa często w tym przeszkadzają. Z drugiej strony, jednocześnie, po wielu, wielu latach odkryłam (nawet nie ponownie, tylko w ogóle)... modlitwę różańcową. Nie mam tu na myśli jedynie tradycyjnych "zdrowasiek", ale wykorzystywanie formy różańca, która, w mojej opinii, jest jedną z najpiękniejszych form powtarzania modlitewnej mantry. Ja ułożyłam sobie własną, króciutką modlitwę, którą powtarzam regularnie przesuwając paciorki klasycznego różańca. Przed każdą medytacją, również tą różańcową, proszę Ducha Świętego, aby oczyścił mój "umysł, pamięć, wyobraźnię, zmysłowość oraz relacje z ludźmi"...
W ramach "rękodzieła" zrobiłam kilka dziesiątek różańcowych, które włożyłam do każdej kieszeni i torebki, tak, aby zawsze jedna z nich była ze mną "w drodze". Muszę przyznać, że to naprawdę niesamowite uczucie modlić się np. w drodze do pracy, stojąc na przystanku lub jadąc tramwajem. Zamiast rozmyślać o tym, co mnie dziś, z pewnością niefajnego czeka, czy studenci będą przygotowani, czy szefowa w dobrym humorze i tym podobne dylematy, przesuwam w kieszeni paciorki i powtarzam modlitwy. Albo te klasyczne, albo te wymyślone przeze mnie. Ten sposób praktykowania modlitwy uwalnia mnie również od złego nastroju, w który wpadam, niestety, więcej niż często, i wprowadza mnie znów na ścieżkę spokoju. To bowiem wspaniały sposób na skupienie w warunkach, które nijak nie służą skupieniu. Modlitwa "w drodze" uwolniła mnie od przygnębiających rozmyślań dotyczących przede wszystkim pracy i dnia codziennego, i przypomina mi nieustannie, że sama również jestem "w drodze". Że tu, na Ziemi, jestem jedynie przechodniem. Wędruję ciągle pomiędzy słowami i ciszą, wierząc, że to właśnie cisza absolutna będzie końcem wędrówki...
Wystarczy, że zaczął się kolejny rok, a już wpadłam w kierat robienia czegokolwiek i nieefektywnego wykorzystywania czasu. Tydzień po świętach to na uczelni gorący okres. I od tygodnia nie znalazłam czasu na medytacje. Czyli jak zwykle klapa. Bo przecież sobie obiecałam, że codziennie, że nie mogę o tym zapominać, że inaczej znów się rozsypię. I guzik. Znów okazało się, że jestem ułomna, co mnie oczywiście wcale nie zdziwiło. Ułomność ludzka to rzecz normalna. Gdybyśmy nie mieli z czym walczyć, bylibyśmy równie Bogu. Dziś więc zebrałam się w sobie i modliłam się klęcząc przy łóżeczku synka, gdy ten zasypiał.
Ta przerwa z modlitwie medytacyjnej uświadomiła mi jednak jedną rzecz: że bardzo mi jej brak, gdy nie stanowi ona elementu mojej codzienności. A przecież moje doświadczenie w tej kwestii jest więcej, niż ubogie. Jednak, gdy ktoś pozna chociaż namiastkę takiej formy skupienia, ciężko mu z niej zrezygnować. Wszyscy mistycy mówią przecież, że cisza to mowa Boga. Że nigdy go nie poznamy gadając do upadłego. Język i słowa są jedynie potrzebne ludziom, a i tak, z reguły, służą brakowi porozumienia, niż na odwrót. Słowa ewokują konflikty i są niczym natrętna bzycząca mucha zakłócająca naszą samotność. Czy mówimy jednym językiem, czy różnymi, nie stanowi to większej różnicy. Merton przez „słowa” rozumiał bezradne i na wpół mądre próby, za sprawą których staramy się poznać myśli innych i wyrazić własne. Z Bogiem sytuacja jest o tyle prosta, że w rozmowie z Nim nic nie musimy wyrażać, gdyż On zna nasze myśli na długo zanim w ogóle je sformułujemy. W modlitwie zatem możemy skupić się tylko na tym, by poczuć Jego obecność w nas samych.
Milczenie wymaga ogromnej dyscypliny. Nie pojmie tego ten, kto nigdy nie próbował milczeć. Tym, którzy nie potrafią zrozumieć, czym jest modlitwa w skupieniu, najlepiej chyba odpowiada o. John Main pisząc, że czas przeznaczony na medytację nie należy do nas. Ale zaraz, jak to nie należy do mnie? Przecież to MÓJ czas, JA się teraz modlę, JA rozmawiam z Bogiem. Ano tak. Medytacja nie jest naszą modlitwą, lecz modlitwą Jezusa. Main powiedział jednak coś, co najbardziej zapadło mi w pamięci. „Dopóki myślimy przez pryzmat naszego ja i widzimy w medytacji naszą modlitwę, to jeszcze nie zaczęliśmy medytować”.
Na razie zmagam się w tym zdaniem :) Modlitwa medytacyjnego skupienia jest jedną z najtrudniejszych form modlitwy, chociaż jest najprostsza w formie. Wie o tym każdy, kto chociaż raz spróbował. Kto nigdy nie spróbował, powinien to zrobić. Aby po wielu miesiącach, może latach powiedzieć: tak, ten czas nie jest mój. On należy do Boga.
Ja na razie walczę, jak wielu innych razem ze mną. Ale też mam nadzieję, że którego dnia takie zdanie wypowiem…
Właściwie kilka słów na zakończenie roku. Każdego roku możemy sobie uświadomić, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od liczb i odliczania czasu. Znów coś przemija, a większość z nas odczuwa kulturowy przymus zabawy i szaleństwa. W sumie dziwne… cieszymy się, że przeminęło jedno, a nadchodzi inne. A to tylko liczba. Kolejna. I zawsze życzymy sobie, aby to, co nadejdzie, było o wiele lepsze, niż to, co odeszło. I nowe. Nowe, nowe, ciągle nowe. Przy okazji Sylwestra, który świętować hucznie odczuwamy przymus, warto zacytować słowa Krętacza do Piołuna, czyli niezawodne Listy starego diabła. Większość współcześnie odczuwa bowiem nie pragnienie nowości, tylko wieczny głód zmiany. Może na pierwszy rzut oka nie widać różnicy, ale Krętacz wyjaśnia to bardzo dokładnie. Zmiana jest bowiem tym, czym obdarowuje nas Stwórca: pewną przerwą w tym, co jest niezmienne, chwilowym wytrąceniem nas z rytmu i powtarzalności, które stanowią podstawę naszej egzystencji. Nie może ona być jednak traktowana jako cel sam w sobie. Współczesny człowiek zatracił jednak odczuwanie naturalnej przyjemności jaka płynie z niezmienności, tym bardziej więc nie czuje przyjemności płynącej ze zmiany, ponieważ wyolbrzymia jej znaczenie. Głód nowości bowiem, który stanowi cel sam w sobie, prowadzi do utożsamienia zmiany z poprawą egzystencji. Nowe znaczy lepsze. Co z tego wynika? Zmniejsza się przyjemność, a zwiększa samo pragnienie. I tak bez końca…
Człowiek jest niestety taką istotą, którą cechuje „życie tym, co ma nadejść”, a nie tym, co jest teraz. Modlitwa medytacyjna służy temu, aby odrzucić „to, co ma nadejść”. Istotą duchowego życia człowieka nie jest bowiem, jak chcieliby niektórzy, postęp i rozwój, ale przede wszystkim odkrycie, że się jest. Tak po prostu. Że życie składa się z chwil, momentów, które teraz SĄ, a nie BĘDĄ. Jeśli ciągle myślimy o tym, co nastąpi, nigdy nie odkryjemy Boga w sobie samych. Medytacja pozwala nam się zatrzymać i chociaż przez chwilę być. I powtarzać ciągle to samo słowo. Najważniejsza jest stagnacja i niezmienność. Przecież oddychamy wciąż tak samo. Prowadzi to do odkrycia, że to, co powtarzalne służy poczuciu, że człowiek jest, a nie, że był lub będzie. To człowiek bowiem, a nie Bóg, istnieje w idiotycznej pętli czasu. On Jest, który Jest. My byliśmy, jesteśmy i będziemy jeszcze przez chwilę. Największą sztuką zatem, jest uświadomić sobie, że, podobnie jak On, jesteśmy…
I tego właśnie życzę sobie i wszystkim w ten niby szczególny, a jednak całkiem zwyczajny dzień roku. Aby zatrzymać na chwilę pętlę czasu…
Pewien Eremita tak pisał: „Najgorszą pokusą dla wielu osób jest chęć sprowadzenia Boga do ludzkiego pragnienia widzenia i dotykania, aby uzyskać z Nieba uspokajające pewniki dotyczące władzy niewidzialnego Stwórcy lub własnej przyszłości”. To chyba największa bolączka ludzi. I nie chodzi mi o „racjonalistów-ateistów”, ale przede wszystkim o tych, którzy codziennie deklarują swoją wiarę. Ci również bez przerwy szukają znaków na Ziemi i Niebie, które potwierdzałyby to, że ich wiara nie jest bez sensu. To szukanie znaków obejmuje również wieczne „chciejstwo” i prośby kierowane w przestworza. Jeśli się spełni, to znaczy, że Bóg istnieje. Jeżeli nie… czas poszukać innych bożków.
Ostatnio rozbawiła mnie, a jednocześnie zasmuciła jedna sytuacja: pewien niewierzący kolega stwierdził, że wcale by się nie zdziwił, gdyby Reptilianie istnieli naprawdę. Dla niewtajemniczonych, Reptilianie to gadzie istoty zamieszkujące kosmos, które żywią się energią ludzi i mają na Ziemi swoich szpiegów. Niezmiernie „intrygująca”, niuejdżowska teoryjka, w której możemy odnaleźć między innymi elementy gnostyckie, interpretację kalendarza Majów plus ufologię razem wzięte. Czyli to, co „filozofia” New Age kocha najbardziej. No i słyszę od inteligentnego kolegi, że wcale by się nie zdziwił, gdyby tam mieszkały takie istoty, które żywią się naszą energią. Ale Bóg? Taki zabobon? Ciemniactwo straszne. W końcu nie po to studiował fizykę, żeby w jakiegoś Stwórcę wierzyć. Hmmm… No właśnie. Nie po to studiował i po wielu latach praktykowania wiary „nawrócił” się na racjonalizm, żeby podtrzymywać mit istnienia Boga. Ale w Reptilian jest „skłonny” uwierzyć. Niech mi ktoś wytłumaczy, o co w tym chodzi? Dlaczego zajadli „racjonaliści” stawiają sobie tarota? (mam taką koleżankę w pracy) i jak to się ma do „rozumowego” pojmowania rzeczywistości? Albo namiętnie układają horoskopy urodzeniowe (sama miałam kiedyś taki :)). Dzieje się tak dlatego, że sceptycyzm i niewiara prowadzą do ogromnej pustki. A człowiek został tak stworzony, że pustki nienawidzi. I dlatego wybiera innych bogów, których można widzieć i dotknąć. Tych „racjonalnych” i tych zupełnie „magicznych”.
Wśród znajomych i członków rodziny mam kilku takich niewierzących, którzy, gdyby tylko się odkryli na powrót Boga, byliby najbardziej zagorzałymi wiernymi. Codziennie podziwiam ich zaangażowanie i zapał, gdy prowadzą swoje dyskusje oparte na lewicowych teoriach społecznych. Jedna znajoma tak kiedyś powiedziała, gdy uśmiechem kwitowałam jej monolog na jeden z tematów o lewackiej proweniencji: „Bo ty się Gośka śmiejesz, ale ja naprawdę w to wierzę!”. No i super. Brat T. również mocno wierzy i jeszcze mocniej się angażuje w różne „naprawcze” i oddolne akcje. I równie mocno zaprzecza istnieniu Boga. To mnie od jakiegoś czasu fascynuje niezmiernie. Wierzą mocno w to, co następni obalą w kolejnych książkach. Potrafią godzinami dyskutować o teoriach i nazwiskach, które za 10 lat znajdą się na śmietniku historii, angażując w to całe swoje „Ja” (albo jedne z „Ja”, bo współcześnie jest to sprawa dyskusyjna). A nie chcą nawet chwili poświęcić na zastanowienie się nad pytaniem, które może się okazać najważniejszym pytaniem w ich życiu: „a może jednak Bóg istnieje?” W końcu jeszcze żaden „racjonalista” NIE udowodnił, że jest inaczej (tak, tak, oczywiście, są takie mądre, wspaniałe autorytety jak Dawkins, przecież napisał fajną książkę, w której udowadnia że Bóg nie istnieje. No tak. A taki drugi, Flew, równie zagorzały filozof racjonalista i logik, kilka lat później masakruje Dawkinsa w swojej książce i udowadnia, stosując takie same argumenty, że jednak istnieje :)).
No tak, niby nikt nie udowodnił. Ale dlaczego powinien? Dlaczego zapomnieliśmy, że Bóg jest największą tajemnicą ze wszystkich tajemnic? A ile jest warta tajemnica odkryta? Nic… Zapominamy, że żaden człowiek posługując się własnym rozumem nie udowodni ani istnienia, ani nieistnienia Boga. Bo nasz rozumek jest za mały. Ale człowiek woli wierzyć oświeceniowym filozofom, którzy ustanowili kult tego rozumku, zamiast uwierzyć w to, że ponad nami jest Ktoś, kto posiada rozum znacznie większy. A nasz jest jedynie jego mizernym odbiciem…Przecież tyle razy już nas zawiódł...
Jedna z moich dawnych znajomych, również zagorzała ateistka (swoją drogą bardzo agresywna, ale to raczej norma) napisała kiedyś takie zdanie komentując modlitwę małego dziecka, której była świadkiem: „Biedne dziecko. Nie WIE jeszcze, że Bóg nie istnieje”. Super. Fajnie, że ona to WIE. Naprawdę, zazdroszczę jej tej WIEDZY… Ta żadnych dowodów nie potrzebuje. Wie i już. Rozum jej powiedział. Pytanie tylko, kto tu jednak jest biedny?
Tym pytaniem wracam znowu do ostatniego wpisu i babci W. Nie przypominam sobie, żeby Ona chociaż raz w życiu poddała w wątpliwość istnienie Boga. Dlatego uważam, że była najbogatsza z nas wszystkich. Posiadała coś, czego inni nie mają w ogóle, a inni często tracą: niezmierzoną ufność. Wiedziała, że Bóg istnieje. I teraz mówiąc bez cienia ironii, można było rzeczywiście zazdrościć jej tej WIEDZY... Opartej na wierze, nie na racjonalnych dowodach. Miesiąc po śmierci babci jechałyśmy z kuzynką J. do Krzeszowa na sesję medytacyjną. I obie zgodnie stwierdziłyśmy, że miałyśmy obok siebie wspaniały wzór do naśladowania, a zupełnie nie potrafiłyśmy tego dostrzec. Wzór cudownej pokory i prostoty życia. Gdy przeanalizujemy Jej życie, dojdziemy do wniosku, że to właśnie ono stanowi wspaniały dowód na istnienie Boga...
Dziś właściwie kontynuacja ostatniego tematu. Wizyta w pierwszy dzień Świąt u rodziny w W. sprawiła, że z podwójną siłą przypomniała nam się babcia, która odeszła w lutym tego roku. Tak nagle, zostawiając nas wszystkich w trwającej do tej pory żałobie. Wczorajszy dzień, chociaż wesoły i radosny z powodu Świąt, to jednak bardzo smutny...O babci W. można by napisać bardzo wiele...i jednocześnie bardzo mało. Osoba kochana jakich mało. Gdy odeszła, odeszło całe nasze dzieciństwo. Nagle dorośliśmy, chociaż teoretycznie od dawna jesteśmy dorośli. Piszę to w imieniu wnuków, szczególnie swoim i kuzynki J. Jest wiele wspomnień, każde z nas ma swoje. Dla mnie babcia to przede wszystkim niesamowita pogoda ducha. Nie znam drugiej takiej osoby, która w naszej obecności zawsze byłaby uśmiechnięta. Jeszcze gdy dawno temu pracowała i wracała zmęczona do domu, nigdy nie kazała nam iść do innego pokoju się bawić, bo musi odpocząć. Zamęczałyśmy ją godzinami, a ona nigdy nie była zniecierpliwiona. Wyciągałyśmy jej z szafy najpiękniejsze kolorowe apaszki i bawiłyśmy się w kolibry, wycinałyśmy razem obwarzanki, ja szklanką, J. kieliszkiem (lub na odwrót :)) i jadłyśmy jeszcze gorące. Wiele lat z rzędu, tradycyjnie w każdą niedzielę, babcia smażyła bliny. Pierwsze zawsze były dla nas, stałyśmy przy szafce, wcinając ociekające masłem. Jednym z bardziej wyrazistych wspomnień łąćzą się z mszami w kościele, na które zabierała nas babcia. Siedziałyśmy na chórze, słuchając jak śpiewa (a śpiewała głośno:)) i ze strachem i podziwem oglądałyśmy malowidła na ścianach (przerażało nas szczególnie jedno, z jakimś świętym, obok którego siedział lew). Najbardziej fascynujące były jednak głowy jeleni z ogromnym porożem wiszące na chórze i pełniące rolę żyrandoli. Patrzyły na nas ciągle swoimi wielkimi oczami. Do dzisiaj pamiętam ten specyficzny zapach wydmińskiego kościoła, zapach kadzidła i starego drewna.
Gdy dorośliśmy, babcia przeżywała mocno nasze "życie w grzechu". Każde z nas odeszło bowiem na długo od Boga i Jego zasad. Nigdy jednak nie słyszeliśmy, żeby prawiła nam kazania (podobno trochę suszyła głowę naszym matkom :)) Gdy poruszała ten temat, my z minami światowców próbowałyśmy uświadomić ją, że "teraz są inne czasy babciu". "No tak, no tak". Do dziś pamiętam, jak spędzałam u niej wakacje jako studentka i babcia weszła któregoś wieczoru do pokoju pytając cicho: "Małgorzatko, a ty nie odmawiasz pacierza?" Nie, wtedy nie modliłam się wcale. Przecież nie będzie się modlił ten, kto twierdzi, że teraz są inne czasy. I do dziś pamiętam, jak mi się zrobiło przykro i głupio, gdy babcia pokręciła głową i wyszła. Za chwilę usłyszałam, jak modli się za mnie.
Umarła w lutym po krótkiej chorobie. Gdy na pogrzebie wzięłam do ręki jej modlitewnik zauważyłam, że najbardziej zużyte są trzy kartki, zaznaczone roboczymi zakładkami. Te, na których napisane były modlitwy: za rodzinę, za dorosłe dzieci i wnuki. Modliła się codziennie, wytrwale, za "moje kochane dzieciaczki", jak nas nazywała. I wymodliła to, co chciała wymodlić. Nic lepszego nie mogła nam dać. Jestem pewna, że to głównie dzięki niej otworzyłam się po tylu latach na Boga.
Po pogrzebie zapytałam ciocię, co mogę wziąć na pamiątkę po babci. Otworzyłyśmy jej szafkę i jedyną rzeczą, którą mogłam zabrać był jeden z kilku różańców, stary, drewniany, z którego paciorków zeszła farbka od wieloletniej modlitwy. Pachniał wydmińskim kościołem. Nie miała nic innego poza rzeczami codziennego użytku. Wciąż było słychać, jak mówiła: "A do czego mi to, czy tamto potrzebne?". Albo: "Oby tylko Pan Bóg dał zdrowie. Nic więcej nie trzeba".
Jedno z ładniejszych wspomnień, które dotyczą babci W. pochodzi z jesieni, sprzed mniej więcej 10 lat. Pamiętam, jak wychodziłam na pociąg jadąc do domu. Babcia siedziała na podwórku ciesząc się ostatnimi promieniami jesiennego słońca. Podeszłam do niej i pożegnałam się: "To cześć, babciu, trzymaj się". A babcia na to: "Trzymam się dzieciaku. Trzymam się wiatru..."
Ostatnio przy jakiejś okazji znajomy zapytał, czy nie zamieniłabym pracy na uczelni na pracę w jego korporacji, bo szukają tam nowych ludzi, więc pewnie miałabym jakąś szansę tę pracę dostać. No cóż. Nie powiem, że kocham uczelnię, wręcz przeciwnie, czasami jej szczerze nie cierpię, ale praca w korpo? Od 9 do 18? Postawiłoby to mój świat totalnie na głowie. Zapytałam więc znajomego, z jakiego właściwie powodu miałabym te pracę zmieniać? Usłyszałam, że na pewno zarobiłabym dwa razy więcej. Moja odpowiedź brzmiała następująco: „Ale po co? Przecież ja wszystko mam…”
Gdyby ta rozmowa miała miejsce jakiś rok, dwa temu, moja odpowiedź z pewnością byłaby inna. Może brzmiałaby tak: „No, super byłoby dwa razy więcej zarobić”. Albo „Nooo, to jest argument nie do odrzucenia”. Teraz odpowiedziałam natychmiast tak, jak podpowiedziało mi serce. Życie bliżej Boga zupełnie zmienia perspektywę patrzenia na to, co posiadamy. O. Maksymilian powiedział kiedyś, że największym dramatem człowieka jest to, że nie zna swojej miary. Albo jeszcze gorzej, nawet, gdy ją zna, to ciągle ją neguje. Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że my nigdy, gdy patrzymy na siebie, nie widzimy siebie. Widzimy innych odbitych w nas, jak w lustrze. I dlatego, jak pisał Merton, życie staje się coraz większym szaleństwem. Bo co mogłabym zrobić z dwa razy większą sumą zarabianych miesięcznie pieniędzy? „Oooo, ja bym nie miał problemu”, powie ktoś. Na świecie jest przecież tyle rzeczy do kupienia, obejrzenia i wypróbowania. No jasne. Tyle i jeszcze milion więcej. Jeden bożek, drugi, trzeci, dziesiąty. A serce nadal jak księżycowa pustynia, jak pisał Turoldo. Pragnienia się nie kończą, zaspokojenie również. Bo nie znamy swojej miary… Uznanie jej natomiast wyzwala pokorę. Odkrycie, że mam w życiu wszystko, czego potrzebuję przyszło niedawno, ale sprawiło, że po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam się lekko. Wszystko mam… Nie chcę więcej zarabiać, bo nie mam ochoty więcej wydawać. Odkrycie tej największej prostoty życia wprawiło mnie niemal w zachwyt :)
To pokora jest bronią w walce ze światem i jego pustymi obietnicami. Merton wiedział o tym bardzo dobrze: „W przeciwnym razie będę po prostu walczył ze światem jego bronią, a w takiej walce świat jest niepokonany. Właściwie nie musi nawet ze mną walczyć, bo sam szybko się wyczerpię, kładąc kres swym głupim wysiłkom”. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałabym zatem życzyć wszystkim tylko jednej rzeczy: abyście poznali swoją miarę. A pokora sama przyjdzie. Szczęść Boże…
Dziś znajoma napisała mi, że nie lubi obchodzić Świąt, ale uwielbia je przygotowywać. No cóż. Koleżanka należy do osób "racjonalnych", więc niewierzących. Nic więc dziwnego, że obchodzenie Świąt w jej przypadku stanowi pewien problem. No bo owszem, spotkanie z rodziną i pyszne potrawy na stole dają jakąs satysfakcję, ale jednak chyba nie wystarczą (tak w ogóle to ostatnio, po rozmowie z inną znajomą, też niewierzącą, naszła mnie pewna refleksja, że ateiści powinni w Boże Narodzenie chodzić do pracy. Po prostu. Problem wtedy by raczej zniknął i byłoby to nawet logiczne, tylko niestety trudne do zweryfikowania...)
Wracając do stwierdzenia koleżanki, to powtarzam, nawet jej się nie dziwię. Smutne jest jednakże coś innego: jakieś 90% osób wierzących mówi bowiem dokładnie to samo. Że przygotowania fajnie, super nawet, tylko co potem??? Niby mamy nadzieje, że będzie fajniej niż rok temu, ale znowu jest to samo. Co robić w czasie tych dwóch dziwnych dni, ktore nie wiadomo dlaczego dłużą się niemiłosiernie? Co robić, gdy "Kevin" już odfajkowany,prezenty odpakowane, a połowa znajomych jednak zniknęła z fejsa? Co, do cholery, robić?
A może po prostu się pomodlić? Samemu albo wspólnie? Chociaż raz? No tak, fajnie, ktoś powie, ale jak? Nie wiem, bo jestem niepraktykujący. Więc niby Bóg ok, ale cała reszta już jakoś dziwnie. Poza tym w ciemnym pokoju, sam, to jeszcze jakoś ujdzie, ale wspólna modlitwa, to juz lekka przesada. Nie wiadomo, co zrobić z rękami, nogami i oczami. Głupio jak diabli. Wspólnie to możemy "Kevina" odfajkować, a nie jakieś staroświeckie dyrdymały...
To może chociaż porozmawiać? Cały wieczór, albo i dłużej? Tak po prostu wspólnie porozmawiać? No tak, super, ale...o czym? Bez sensu, szkoda czasu, znajomi na fejsie czekają...
To może po prostu posiedzieć w ciszy? I pooddychać? Eee...A co to jest CISZA?
Ja też kiedyś byłam "wierząca niepraktykująca". Z perspektywy lat widzę, że byłam po prostu "żyjąca nieoddychająca"...