Po tym, jak spisałam swoje świadectwo, pojawiła się jedna, konkretna myśl. U wszystkich osób, które odeszły od Boga, możemy zauważyć podobną sytuację: dzieje się to zawsze bardzo szybko. Najpierw opuszczamy Kościół, odrzucamy jego nauki i Boże Słowo, następnie oddalamy się od samego Boga, deklarując się jako agnostycy lub ateiści. To proces, który następuje błyskawicznie. Właściwie z dnia na dzień można przestać uczęszczać na Mszę Św. i właściwie nic się nie dzieje. Dlaczego tak jest? Ponieważ człowiek został obdarzony przez Boga największym z darów, czyli wolną wolą. Bóg do niczego nie przymusza, nie trzyma nas na uwięzi. Obdarzył człowieka godnością, którą szanuje. Zawsze mamy wybór: możemy być z Panem, bądź, na własną odpowiedzialność, odwrócić się od Niego, doskonale zdając sobie sprawę z konsekwencji tego wyboru.
Zupełnie inaczej sytuacja wygląda, gdy człowiek, odwróciwszy się od Pana, popadł w różne formy okultystycznego zniewolenia (bo prędzej, czy później, każdy z nas w coś popadnie: albo w całkowitą niewiarę, pustkę i nihilizm, albo różne praktyki okultystyczne i tzw. "nowe duchowości", które, nie tylko moim zdaniem, są doskonałym przykładem demonicznego zniewolenia). Gdy chcemy się z nich wyzwolić i wrócić do Boga, szatan zaczyna walkę. U wielu osób jest to droga pełna cierpienia i trwa bardzo, bardzo długo. Dlatego, że tu nie ma już mowy o wolnej woli i godności człowieka. Od Złego jesteśmy uzależnieni. Fizycznie lub psychicznie. Gdy sobie przypominamy o wolności, którą obdarował nas Stwórca, Zły wpada w szał. I zrobi wszystko, aby osoby zniewolone przy sobie zatrzymać. Tylko moc pochodząca od Chrystusa może im wówczas w tej walce pomóc. Wystarczy wysłuchać świadectw osób, które przeżyły nawrócenie. To jest zawsze bardzo, bardzo trudne...
Na tym właśnie polega paradoks wolnej woli: popadamy w zniewolenie, które na pierwszy rzut oka zawsze wydaje się swobodą i wolnością...
Krótka notka: nadszedł czas na prawdziwy brewiarz. Książka Mertona tylko rozbudziła mój apetyt i właśnie dzis nabyłam "Małą Liturgię Godzin". Mam nadzieję, że będę umiała ją dobrze wykorzystać. Ale, jak widać, apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc kiedyś pewnie przyjdzie czas na pełną. No chyba, że mi życia zabraknie :)
Spisałam swoje świadectwo nawrócenia i wysłałam do Krzeszowa, do jednej z sióstr Benedyktynek, która pisze o tym pracę magisterską. Słowo idzie w świat :) Ale właśnie tego chce Pan, abyśmy dzielili się z innymi tym, co mamy w życiu najlepszego. A ja mam teraz łaskę głębokiej wiary, która sprawia, że cała reszta mojego życia również wygląda zupełnie inaczej, niż kiedyś.
Na pewno jestem bliżej Boga, ale oczywiście nie tylko dzięki medytacji. "Niestety", jak chyba każdy człowiek, który się nawrócił, staję się ortodoksem :) Jedną z konferencji o. M. zakończył stwierdzeniem, że nie trzeba być ochrzczonym, ani nie trzeba posiadać łaski uświęcającej, żeby medytować. Żeby medytować, to oczywiście nie, ale żeby być zbawionym, to już tak. Jeżeli medytacja chrześcijańska jest nazywana Modlitwą Jezusową, to nie możemy udawać, że żadna łaska nie jest nam potrzebna. Więc nieco dziwnie to zabrzmiało w ustach chrześcijanina. Ale może nie zrozumiałam intencji wypowiedzi, nie wiem. Tak jakby "modlitwa Jezusowa" była sloganem, pod którym próbuje sie ukryć zupełnie coś innego. Dla mnie jest to po prostu jedna z form modlitwy odbywającej się w ciszy, polegająca na powtarzaniu imienia Chrystusa i w ten sposób wzywanie Go, aby zechciał zamieszkać w moim sercu. Bo przecież wiadomo, że On ciągle „stoi u drzwi i kołacze”. Święty Paweł bowiem poucza nas: "Nieustannie się módlcie!" (1Tes 5,17). Ten nakaz Apostoła możemy z pewnością w jakiejś mierze spełnić praktykując modlitwę Jezusową. Krótka modlitwa, która uczy nas duchowej czujności i dziecięcego zawierzenia Bogu. Modlitwa zjednoczona z oddechem, którą możemy praktykowac właściwie wszędzie, jest jednym ze sposobów otwarcia tych drzwi do naszego serca. Ale to nie jest jakieś docieranie do głębokiej jaźni, czy jeszcze nie wiadomo czego. Słowa są tu najważniejsze, ponieważ są modlitwą. Wymawiamy je z adoracją, bo ta forma modlitwy jest właśnie adoracją Chrystusa. Jak czytamy w książce „Modlitwa Jezusowa”:
Idzie o to, by stopniowo koncentrować całe nasze istnienie wokół Imienia i by pozwolić Mu, aby - jak oliwa - przesiąkło i nasyciło całą naszą duszę. W akcie wzywania Imienia nie trzeba koniecznie powtarzać go bez przerwy. Raz wymówione Imię może się przedłużać na cale minuty spoczynku, ciszy, czystego wewnętrznego czuwania. Podobnie frunący ptak na zmianę uderza powietrze skrzydłami, a potem płynie w powietrzu nieporuszony. Wszelkie napięcie, wszelki pośpiech są niepożądane. Jeżeli pojawi się zmęczenie należy przerwać wołanie, a podjąć je znowu, gdy poczujemy się gotowi. Celem, do którego należy dążyć nie jest ustawiczne dosłowne powtarzanie, ale ukryte i spokojne przebywanie Imienia Jezusa w naszym sercu. "Ja śpię, lecz serce me czuwa" (Pnp 5,2).
Bycie chrześcijaninem oznacza kroczenie za Chrystusem, czytanie, rozumienie i głoszenie Ewangelii, medytowanie nad Słowem Bożym oraz przywoływanie tego Słowa. Wzywanie Imienia Jezusa to natomiast ciągłe przypominanie tajemnicy zbawienia, która przynosi wyzwolenie…
Długo tu nie zaglądałam. Ale to chyba dlatego, że nagromadziło się mnóstwo spraw, które, chociaż strasznie mi się to nie podoba, bardzo mnie angażują. Wiele planów i żadnego działania. Ot, tak właśnie wyglądają teraz moje dni. Artykuł czeka, zagruntowane płótno czeka. Pomysłów mnóstwo, realizacji brak… czyli norma :)
Na pewno jednak nie wynika to z braku czasu, a jedynie chęci. Odnotowałam bowiem jeden, niezwykle ważny postęp w organizacji mojego dnia. Jak sobie przypominam lata poprzednie, nie znajdowałam kiedyś nawet minuty w ciągu dnia, aby się pomodlić. Potem znalazła się minuta, następnie dwie, dziesięć itd. Od kilku tygodni znajduję czas nawet kilka razy dziennie. Przypomniały mi się ostatnio bardzo mądre słowa, niestety nie pamiętam, kto je wypowiedział: „Jeśli nie masz czasu, to go sobie weź”. Banał? Może i tak. Ale rzeczywiście, po raz kolejny z ogromnym zdziwieniem odkrywam, że czas jest bardzo relatywny. Kiedyś miałam wrażenie, że mi wciąż ucieka. Teraz, chociaż obowiązków wcale nie ubyło, każdy dzień wydaje mi się bardzo długi. Kupiłam sobie również cudowną książkę, która zdecydowanie ułatwiła mi organizację czasu na modlitwę. Zamiast tradycyjnego brewiarza, w którym, wstyd przyznać, nie orientuję się jeszcze ani w ząb,nabyłam „Księgę godzin” Mertona. Nie dało się wszak nie zauważyć, że darzę go szczególną sympatią :) Książeczka cudna, podzielona na siedem dni tygodnia, każdy dzień na cztery części: brzask, dzień, zmierzch, zmrok. W każdej z tych części znajdują się modlitwy nawiązujące do układu tradycyjnego brewiarza, napisane przez Mertona. Antyfony, psalmy, listy, medytacje. Noszę ją ze sobą wszędzie i staram się zaglądać do niej przynajmniej trzy razy w ciągu dnia. Często udaje mi się „wymodlić” cały cykl. Niesamowite doświadczenie. Z uporem maniaka pozbywam się z głowy śmieci i, muszę przyznać, idzie mi to coraz lepiej. Wyrzucam myśli, które do tej pory krępowały mój umysł, a ten z kolei wiązał emocje. Zamiast tego modlitwa i medytacja. I po roku odnalazłam wreszcie swoją „mantrę”: „Jezu Chryste – ufam Tobie”. Tak po prostu. Czuję, że to modlitwa właśnie na ten czas. Gdy nią medytuję, zdecydowanie lepiej idzie mi proces skupienia i pozbywania się niepokornych myśli. Właśnie to powiedział kiedyś o. Maksymilian: „Musicie odnaleźć swoją modlitwę. Taką, która będzie doskonale pasowała do rytmu waszego oddechu”. Ta pasuje do mnie. Nie tylko do oddechu, ale również, a może nawet przede wszystkim, do rzeczywistości, która mnie aktualnie otacza. Właśnie ufności w Boże miłosierdzie potrzebuję teraz najbardziej…
A że doświadczam go codziennie, nie muszę chyba dodawać… Każda chwila, którą poświęcam na modlitwę, daje mi zwiększone poczucie tej ufności…
Książka Mertona przekonała mnie do jeszcze jednej, ważnej rzeczy: wystarczy kilka minut kilka razy w ciągu dnia, abym odkryła, że czas nie jest moim wrogiem. Wręcz przeciwnie: jest rodzajem sakramentu, narzędziem spotkania z Bogiem. To, że czas upływa, oznacza, że z każdą sekundą zbliża się moment spotkania z Nim. Trzeba tylko żyć tak, aby w momencie tego spotkania mieć możliwość spojrzenia w Jego Oblicze…
Na koniec coś, co, być może, przekona do modlitwy wciąż nieprzekonanych:
Musi być taki czas w ciągu dnia, gdy człowiek, który snuje plany, zapomina o planach i działa, jak gdyby w ogóle nie miał żadnych planów.
Musi być taki czas w ciągu dnia, kiedy człowiek, który musi mówić, zapada w głęboką ciszę. A jego umysł nie wysuwa już propozycji i zadaje sobie pytanie: czy miały one znaczenie?
Musi być czas, gdy człowiek modlitwy idzie się modlić, jak gdyby to było pierwszy raz w jego życiu…
(T. Merton)
No właśnie… jak gdyby to było pierwszy raz w jego życiu. Z wiarą i ufnością dziecka, które składa rączki kierując swą modlitwę do Anioła Stróża…
Wiem, że bardzo nawalam. Ale niestety obowiązki się nawarstwiły i męcze się, dosłownie, z artykułem, który ciągle nie przypomina artykułu do publikacji. Czuję się, jakbym orała pole :) Pomysł na kolejny wpis czeka sobie uśpionyw schowku pod postacią szkicu, w którym zdania przypominaja te wypowiadane podczas imprezy po kilku głębszych :)
Zatem zamiast niedopracowanych wynurzeń anegdotka, która jakoś zapadła mi w pamięć:
Pewien mężczyzna poszedł jak co miesiąc do fryzjera. Zaczęli rozmawiać o różnych sprawach. Ni z tego ni z owego wywiązała się dyskusja o Bogu. Fryzjer powiedział: - Wie Pan, ja nie wierzę, że Bóg istnieje. - Dlaczego Pan tak uważa? - zapytał klient. - Cóż, to bardzo proste. Wystarczy tylko wyjść na ulicę, żeby się przekonać że Bóg nie istnieje. Gdyby Bóg istniał, myśli Pan, że byłoby tyle osób chorych? Istniałyby opuszczone dzieci? Gdyby istniał Bóg, nie byłoby bólu, cierpienia... Po prostu nie mogę sobie wyobrazić Boga, który na to wszystko pozwala. Klient pomyślał chwilę, chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Nie chciał wywoływać niepotrzebnej dyskusji. Gdy fryzjer skończył, klient zapłacił i wyszedł. W tym momencie zobaczył na ulicy człowieka, z długą, zaniedbaną brodą i włosami. Wyglądało na to, że już od dłuższego czasu jego włosy i broda nie widziały fryzjera. Był zaniedbany i brudny. Wtedy klient wrócił i powiedział: - Wie Pan co? Fryzjerzy nie istnieją! - Bardzo śmieszne! Jak to nie istnieją? - Zapytał fryzjer. - Ja jestem jednym z nich! - Nie! - odparł klient. - Fryzjerzy nie istnieją, bo gdyby istnieli, nie byłoby ludzi z długimi włosami i brodą jak ten na ulicy. - O! Nie! Fryzjerzy istnieją, to tylko ludzie do nas nie przychodzą z własnej woli. - No właśnie. - powiedział klient. - Dokładnie tak. Bóg istnieje, to tylko ludzie Go nie szukają i robią to z własnej woli. Dlatego jest tyle cierpienia i bólu na świecie...
Tym razem nie będzie zbędnych wynurzeń. Zamiast tego pewien filmik. Gdy go oglądałam, spłakałam się jak bóbr... Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że Bóg tak otwiera serce i wrażliwość, nie uwierzyłabym...
Styczeń. Miesiąc rozpędu i jednoczesnego wytracania wiatru, który udało mi się pod koniec roku złapać w żagle. Absurdalny czas. Jutro 34 urodziny. Od kilku lat mam wrażenie, że ciągle kończę magiczną trzydziestkę. Że w momencie urodzenia E. czas się zatrzymał. Ciekawe, czy wszyscy rodzice czują podobnie? Że dziecko właściwie przenosi nas w inny wymiar czasowy. Żyjemy czasem dziecka, a nie swiom... Jednak, aby całkiem nie zapomnieć, że jednak urodziny mam, sprawiłam sobie prezent. Kolejną Maryjkę do powiększającej się kolekcji. Stara, gipsowa figurka, jak wszystkie poprzednie, stanie na którejś półce i będzie mnie wspierać w dalszej walce :)
Zbieram je od jakiegoś czasu. Nie tylko zdobią mieszkanie, ale mam wrażenie, że wprowadzają do niego tak bardzo potrzebny spokój. Lubię na nie patrzeć...
A propos spokoju. Od czasu, gdy zaczęłam medytować odkryłam, że znacznie łatwiej zapanować mi nad złymi emocjami. Oczywiście zdarzają się wyjątki, szczególnie wtedy, gdy E. wyprowadza mnie z równowagi atakiem histerii. Wybucham wtedy jak dynamit, ale, jednocześnie, uspokajam się znacznie szybciej, niż kiedyś. I zawsze żałuję, że jednak nie dałam rady, że nie nadszedł na czas tak bardzo w danej chwili potrzebny spokój. Że nie zdołałam popatrzeć na siebie i wrzeszczącego E. z zewnątrz. Ale wiem też, że takie momenty to chwile próby. I nie zawsze muszę z nich wyjść zwycięsko. Z natury jestem bowiem nerwowa i wybuchowa. I chociaż łaska Boża działa niczym cud, są we mnie jeszcze stare nawyki, przyzwyczajenia i słabości. A może jest tak, jak pisał Merton, że "nie zmieniłam się jeszcze w głębi, a może zmieniłam się radykalnie, ale tylko w pewnych sferach, w innych natomiast zachowuję nadal stary, próżny, niestały i samolubny sposób patrzenia na świat". Pewnie tak jest...
Zniknęło natomiast, stale niegdyś obecne, napięcie pomiędzy mną, a innymi ludźmi. Napięcie, które ja odczuwałam, naturalnie, nie wiem nic bowiem o odczuciach innych. Nawet, gdy mnie irytują, gdy ich wartości sytuują sie gdzieś na przeciwległym biegunie niż moje, nie czuję już tej złości i zdenerwowania co kiedyś. Może jeszcze daleko do tego, abym kochała ich, jak siebie samą, ale przynajmniej pozbyłam się złych uczuć w stosunku do różnych osób. To, co czuję w chwili obecnej, to raczej obojętność. I żal, że jednak idą tą drogą, którą idą. Może to obiecujący początek, aby jednak kochać innych? Nawet tych, którzy na pierwszy rzut oka na to nie zasługują... Zdaję sobie sprawę, że to zwykłe truizmy, ale rzeczy najbardziej banalne są zazwyczaj najtrudniejsze... A z drugiej strony, czy rzeczywiście się czymkolwiek od nich różnię? Rację ma z pewnością Eremita, gdy pisze:
"Dziękuję Ci, o Panie, bo pozwalasz mi dotknąć moich niedostatków i w ten sposób dajesz mi odkryć mój rzeczywisty wymiar..."
Im więcej braków widzę u innych, tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele brakuje mnie samej...
Może ktoś odniósł mylne wrażenie po moim ostatnim wpisie, że jedyna modlitwa, jaką dopuszczam, to modlitwa ciszy. Nie jest to rzecz jasna prawda. Modlitwa w ciszy jest według mnie tą najbardziej pierwotną, a jednocześnie najczystszą formą dotarcia do Ducha, który mieszka w nas. Słowa często w tym przeszkadzają. Z drugiej strony, jednocześnie, po wielu, wielu latach odkryłam (nawet nie ponownie, tylko w ogóle)... modlitwę różańcową. Nie mam tu na myśli jedynie tradycyjnych "zdrowasiek", ale wykorzystywanie formy różańca, która, w mojej opinii, jest jedną z najpiękniejszych form powtarzania modlitewnej mantry. Ja ułożyłam sobie własną, króciutką modlitwę, którą powtarzam regularnie przesuwając paciorki klasycznego różańca. Przed każdą medytacją, również tą różańcową, proszę Ducha Świętego, aby oczyścił mój "umysł, pamięć, wyobraźnię, zmysłowość oraz relacje z ludźmi"...
W ramach "rękodzieła" zrobiłam kilka dziesiątek różańcowych, które włożyłam do każdej kieszeni i torebki, tak, aby zawsze jedna z nich była ze mną "w drodze". Muszę przyznać, że to naprawdę niesamowite uczucie modlić się np. w drodze do pracy, stojąc na przystanku lub jadąc tramwajem. Zamiast rozmyślać o tym, co mnie dziś, z pewnością niefajnego czeka, czy studenci będą przygotowani, czy szefowa w dobrym humorze i tym podobne dylematy, przesuwam w kieszeni paciorki i powtarzam modlitwy. Albo te klasyczne, albo te wymyślone przeze mnie. Ten sposób praktykowania modlitwy uwalnia mnie również od złego nastroju, w który wpadam, niestety, więcej niż często, i wprowadza mnie znów na ścieżkę spokoju. To bowiem wspaniały sposób na skupienie w warunkach, które nijak nie służą skupieniu. Modlitwa "w drodze" uwolniła mnie od przygnębiających rozmyślań dotyczących przede wszystkim pracy i dnia codziennego, i przypomina mi nieustannie, że sama również jestem "w drodze". Że tu, na Ziemi, jestem jedynie przechodniem. Wędruję ciągle pomiędzy słowami i ciszą, wierząc, że to właśnie cisza absolutna będzie końcem wędrówki...
Wystarczy, że zaczął się kolejny rok, a już wpadłam w kierat robienia czegokolwiek i nieefektywnego wykorzystywania czasu. Tydzień po świętach to na uczelni gorący okres. I od tygodnia nie znalazłam czasu na medytacje. Czyli jak zwykle klapa. Bo przecież sobie obiecałam, że codziennie, że nie mogę o tym zapominać, że inaczej znów się rozsypię. I guzik. Znów okazało się, że jestem ułomna, co mnie oczywiście wcale nie zdziwiło. Ułomność ludzka to rzecz normalna. Gdybyśmy nie mieli z czym walczyć, bylibyśmy równie Bogu. Dziś więc zebrałam się w sobie i modliłam się klęcząc przy łóżeczku synka, gdy ten zasypiał.
Ta przerwa z modlitwie medytacyjnej uświadomiła mi jednak jedną rzecz: że bardzo mi jej brak, gdy nie stanowi ona elementu mojej codzienności. A przecież moje doświadczenie w tej kwestii jest więcej, niż ubogie. Jednak, gdy ktoś pozna chociaż namiastkę takiej formy skupienia, ciężko mu z niej zrezygnować. Wszyscy mistycy mówią przecież, że cisza to mowa Boga. Że nigdy go nie poznamy gadając do upadłego. Język i słowa są jedynie potrzebne ludziom, a i tak, z reguły, służą brakowi porozumienia, niż na odwrót. Słowa ewokują konflikty i są niczym natrętna bzycząca mucha zakłócająca naszą samotność. Czy mówimy jednym językiem, czy różnymi, nie stanowi to większej różnicy. Merton przez „słowa” rozumiał bezradne i na wpół mądre próby, za sprawą których staramy się poznać myśli innych i wyrazić własne. Z Bogiem sytuacja jest o tyle prosta, że w rozmowie z Nim nic nie musimy wyrażać, gdyż On zna nasze myśli na długo zanim w ogóle je sformułujemy. W modlitwie zatem możemy skupić się tylko na tym, by poczuć Jego obecność w nas samych.
Milczenie wymaga ogromnej dyscypliny. Nie pojmie tego ten, kto nigdy nie próbował milczeć. Tym, którzy nie potrafią zrozumieć, czym jest modlitwa w skupieniu, najlepiej chyba odpowiada o. John Main pisząc, że czas przeznaczony na medytację nie należy do nas. Ale zaraz, jak to nie należy do mnie? Przecież to MÓJ czas, JA się teraz modlę, JA rozmawiam z Bogiem. Ano tak. Medytacja nie jest naszą modlitwą, lecz modlitwą Jezusa. Main powiedział jednak coś, co najbardziej zapadło mi w pamięci. „Dopóki myślimy przez pryzmat naszego ja i widzimy w medytacji naszą modlitwę, to jeszcze nie zaczęliśmy medytować”.
Na razie zmagam się w tym zdaniem :) Modlitwa medytacyjnego skupienia jest jedną z najtrudniejszych form modlitwy, chociaż jest najprostsza w formie. Wie o tym każdy, kto chociaż raz spróbował. Kto nigdy nie spróbował, powinien to zrobić. Aby po wielu miesiącach, może latach powiedzieć: tak, ten czas nie jest mój. On należy do Boga.
Ja na razie walczę, jak wielu innych razem ze mną. Ale też mam nadzieję, że którego dnia takie zdanie wypowiem…
Właściwie kilka słów na zakończenie roku. Każdego roku możemy sobie uświadomić, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od liczb i odliczania czasu. Znów coś przemija, a większość z nas odczuwa kulturowy przymus zabawy i szaleństwa. W sumie dziwne… cieszymy się, że przeminęło jedno, a nadchodzi inne. A to tylko liczba. Kolejna. I zawsze życzymy sobie, aby to, co nadejdzie, było o wiele lepsze, niż to, co odeszło. I nowe. Nowe, nowe, ciągle nowe. Przy okazji Sylwestra, który świętować hucznie odczuwamy przymus, warto zacytować słowa Krętacza do Piołuna, czyli niezawodne Listy starego diabła. Większość współcześnie odczuwa bowiem nie pragnienie nowości, tylko wieczny głód zmiany. Może na pierwszy rzut oka nie widać różnicy, ale Krętacz wyjaśnia to bardzo dokładnie. Zmiana jest bowiem tym, czym obdarowuje nas Stwórca: pewną przerwą w tym, co jest niezmienne, chwilowym wytrąceniem nas z rytmu i powtarzalności, które stanowią podstawę naszej egzystencji. Nie może ona być jednak traktowana jako cel sam w sobie. Współczesny człowiek zatracił jednak odczuwanie naturalnej przyjemności jaka płynie z niezmienności, tym bardziej więc nie czuje przyjemności płynącej ze zmiany, ponieważ wyolbrzymia jej znaczenie. Głód nowości bowiem, który stanowi cel sam w sobie, prowadzi do utożsamienia zmiany z poprawą egzystencji. Nowe znaczy lepsze. Co z tego wynika? Zmniejsza się przyjemność, a zwiększa samo pragnienie. I tak bez końca…
Człowiek jest niestety taką istotą, którą cechuje „życie tym, co ma nadejść”, a nie tym, co jest teraz. Modlitwa medytacyjna służy temu, aby odrzucić „to, co ma nadejść”. Istotą duchowego życia człowieka nie jest bowiem, jak chcieliby niektórzy, postęp i rozwój, ale przede wszystkim odkrycie, że się jest. Tak po prostu. Że życie składa się z chwil, momentów, które teraz SĄ, a nie BĘDĄ. Jeśli ciągle myślimy o tym, co nastąpi, nigdy nie odkryjemy Boga w sobie samych. Medytacja pozwala nam się zatrzymać i chociaż przez chwilę być. I powtarzać ciągle to samo słowo. Najważniejsza jest stagnacja i niezmienność. Przecież oddychamy wciąż tak samo. Prowadzi to do odkrycia, że to, co powtarzalne służy poczuciu, że człowiek jest, a nie, że był lub będzie. To człowiek bowiem, a nie Bóg, istnieje w idiotycznej pętli czasu. On Jest, który Jest. My byliśmy, jesteśmy i będziemy jeszcze przez chwilę. Największą sztuką zatem, jest uświadomić sobie, że, podobnie jak On, jesteśmy…
I tego właśnie życzę sobie i wszystkim w ten niby szczególny, a jednak całkiem zwyczajny dzień roku. Aby zatrzymać na chwilę pętlę czasu…